Przejdź do głównej zawartości

Horror po Singapursku

To, że Azjaci produkują dobre filmy grozy wiadomo nie od dziś. Jednak mało kto zna oryginalne wersje Ringu, Klątwy, Dark Water etc, gdyż jak zwykle pewna nacja wywęszyła przy tym szmal i postanowiła stworzyć remake, który popularnością przebija oryginał, natomiast nastrojowo pozostawia to i owo do życzenia (poza paromoa pojedyńczymi wyjątkami).
Ostatnio mając ochotę na coś mroczniejszego myszkowałam w działach 'horror' i nie trafiając na nic wartego uwagi ostatecznie zdecydowałam zwrócić się w kierunku produkcji made in Asia, które kiedyś wielbiłam, ale po porażce produkcji Raid na dłuższy czas porzuciłam.
Generalnie w dzisiejszych czasach jest ciężko mi znaleźć coś co wywoła u mnie gęsią skórkę, albo naprawdę  nie ma nic dobrego, albo jestem aż za nadto wybredna (całkiem możliwe). Ale wiecie co?
Wolę oglądać naciągane legendy o duchach niż oglądać krwawą łaźnię, która bardziej nadaje się do satyry niż filmów grozy.


Ghos Child to jedna z najmłodszych Singapurskich produkcji gatunku horror.
Fabuła: "Wdowiec Choon planuje ponowne zaślubiny z tajemniczą kobietą o imieniu Na. Do ich wspólnego domu przynosi ona urnę,zawierającą ducha znanego jako toyol, który w krótkim czasie
doprowadza rodzinę do szału.
Czy Choon będzie w stanie wygrać walke ze złem?"

Co prawda widziałam już lepsze filmy, ale lepsze to niż jakiś pseudo horror najgorszej klasy.
Akcja rozwija się bardzo bardzo leniwie, dreszczy jest też dosyć trudno dostać, gdyż nie ma  tam mowy o budowaniu jakiego kolwiek nastroju, poza politowaniem.
Ghos Child trwa jednak krótko, dlatego nie mam co marudzić na stratę czasu, pojawia się natomiast ciekawa legenda dt toyol( kwee kia).
To mityczny duch wywodzący się z mitologii południowo- wschodniej części Azji, który jest dzieckiem i wymaga się też takowego obchodu z nim, w innych przypadku nasz domowy duszek może obrócić się przeciwko właścicielowi. Więcej można się o nim dowiedzieć kartkująć "Mitologię Azji" lub też opcja dla leniuchów - poczytać TU.

Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam takie ciekawostki :)

Kolejny film za który się zabrałam to dwa lata starsze dziecko tych samych producentów, co przy wyżej wymienionym filmie - 23:59, gdzie po raz kolejny główni bohaterowie muszą zmierzyć się z siłami nieczystymi, karmiących się wiarą w siebie.

Fabuła: "Grupa młodych żołnierzy spędza ostatnie tygodnie swojej służby w obozie treningowym na jednej z wysp. Wśród mężczyzn krąży legenda o szalonej mieszkance wyspy, która zmarła dokładnie o 23:59. Codziennie o tej porze duch kobiety powraca, by nawiedzać wyspę i położone na niej koszary. Tan (Tedd Chan), zamknięty w sobie wyrzutek jest przekonany, że będzie kolejną ofiarą ducha. Próbuje przekonać swojego jedynego kolegę Jeremiego (Henley Hii), że zjawa nawiedza go każdej nocy. Przyjaciel uspokaja go mówiąc, że to tylko jego wybujała wyobraźnia. Kiedy następnego dnia żołnierze wyruszają na ostatni długi marsz, Tan zostaje znaleziony martwy z wyrazem przerażenia na twarzy. Jeremy postanawia odkryć prawdę o śmierci Tana."

Tia 'oparty na faktach', dla tych którzy wierzą w siły ponadprzyrodzone, dla niedowiarków jest to całkiem przyzwoity horror o wojskowej legendzie.


* Mi- hwak- in- dong-yeaong-sang jest co prawda produkcją Made in South Korea, ale postanowiłam ten tytuł umieścić na równi z sigapurskimi produkcjami grozy, w końcu nie codziennie zaglądam do azjatyckiej kinematografii.
Od roku pilnie uczę się japońskiego, ale nadal dla mnie 'koślawe znaczki" to koślawe znaczki i punkt (ale potrafię się nimi posługiwać) tylko wymowę mam koszmarną (jak na wytrwałego samouka przystało), ale dosyć tego kręcenia.... zapamiętać, albo co gorsza (olaboga) wymówić nazwę tego dzieła Tae-kyeong Kim'a może każdemu sprawić problemu, ale nic nie bójta, fabuła jest très simple .
Jest to luźne nawiązanie do Ringu , tylko że w nieco zmodernizowanej wersji: filmik jest nie na kasecie ale krąży po sieci, jest przeklęty i po seansie zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Czy wszystko dobrze się skończy?

Mi- hwak- in- dong-yeaong-sang to całkiem przyzwoity dreszczowiec klasy średniej, nie zniechęcajcie się proszę niską oceną na Filmwebie bo jest zdecydowanie mocno zaniżona. Nie jest to coprawda produkcja idelana ale do katastrofalnego wodospadu krwi też jest jej baaaaaaaaardzo daleko.

Zresztą sami wybierzcie co wolicie, pomęczyć się nieco czy dostać flaki na talerzu przyozdobione natką z włosów?

ps. filmy na następną notkę o horrorach mam już zaklepane, etraz tylko obejrzeć i znów coś naskrobać, o wiele łatwiej jest mi tworzyć wpisy zbiorowe od tych pojedyńczych, chyba dlatego że nie lubię się powtarzać, a wychodzę z założenia, że ktokolwiek mnei czyta czyta też wypociny filmowe innych.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

To jak końcu: szczęście jest czy nie jest za górami?

Nowe dzieło, mało znanego rosyjskego reżysera Aleksandr'a Veledinsky'ego pojawiło się na scenie bez fajerwerków i równie cicho z niej zeszło. Dopiero po paru miesiącach od premiery Geograf Globus Propil zaczął zbierać pozytywne recenzje i uznanie kinomanów, którzy tłumnie zaczynają skupiać się na nowym kinie rosyjskim, a jest tam w czym wybierać.

Viktor Sluzhkin jest już nie młodym wykształconym biologiem, który częstko zagląda do kieliszka. Nic w jego życiu nie jest takie jak to sobie niegdyś wymarzył, o czym mu ciągle jego piękna żona przypomina.

Za górami nie ma szczęśca o czym główny bohater już na początku filmu się przekonał, to może spróbujemy go poszukać przed górami?

Mimo braku dyplomu z pedagogiki Viktorowi w końcu udaje się dostać pracę w szkole, gdzie dzieciaki robią co chcą i jak chcą. Mało tego zamiast biologii, ma uczyć geografii, bo to przecież to samo wg słów dyrektora. 

Akcja Geografa rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: prywatnej i zawodowej. Domowe Proble…

Motywy filmowe: dziennikarstwo

Jakiś czas temu zostałam wytypowana przez Arkadiusza  do zabawy w motywy filmowe, zainicjowanej przez FILM Planeta. Moim zadaniem jest podanie siedmiu tytułów krążących wokół tematyki dziennikarstwa, cóż przyznam się że miałam malutkie kłopoty w wyborze, ale ostatecznie jako tako dałam sobie radę.

Prywatnie sama od czasu do czasu pracuję jako wolny strzelec i w przyszłości marzy mi się stała współpraca z Andy Warhol's Intervievlub iD lub lub lub, pod tym względem jestem jeszcze niezdecydowana. Zanim to jednak nastąpi mam masę czasu do ćwiczenia, ćwiczenia i kontynuacji swojej samotnej nauki (jestem raczej samoukiem, źle się czuję w grupie). Póki co delektuję się każdym malutkim sukcesem i udowadnianiem temu i owemu, że dyplom to nie wszystko.

No właśnie ilu jest dziennikarzy, absolwentów szkół dziennikarskich, bądź też takowych studiów? Dużo? Raczej mało... czy to dobrze? Sądzę, że jest to raczej temat na osobny mini artykuł, nieprawdaż?

No to wróćmy do rzeczy. Dwa słowa klucz: F…

Renato Casaro