Przejdź do głównej zawartości

Bo filmy Lyncha najlepiej smakują z Finlandią o smaku mango wymieszaną z pepsi.

Jedni po paru drinkach piszą/ wydzwaniają do swoich 'ex', inni bywają nadpobudliwi, smutni, mówią głośno o rzeczach, o których bez promili by tylko pomyśleli, a ja wolę zabrać się za absurdalne filmy. Nikogo tym nie krzywdzę, a czasami na zupełnie trzeźwo można parę rzeczy przegapić, do tego po ciężkim dniu nic nie jest lepsze od rozwalenia się na kanapie i skromnie popijając (bez przesady) przenieść się w fikcyjny świat. Produkcje Lyncha nie należą do tych lekkostrawnych, a jeden drink umila seans.

Blue Velvet (1986)

Mimo, że powyższe dzieło widziałam jakiś miesiąc temu, wciąż w głowie siedzi mi 'bluuuuuuuuuuuuuuuuuuue veeeeeeeeeeLvet' i nijak nie potrafię się tego pozbyć....
David Lynch otwiera film scenami ze spokojnego przedmieścia, ludzie bez stresu spacerują po chodnikach, kwiatki beztrosko kwitną a w oczy razi biel ogrodzenia. Wydawać by się mogło, że jest to kolejna produkcja z amerykańską małomiasteczkową idyllą w roli głównej. Jednak zamiast szczęsliwej sielanki widz widzi jak pewnien staruszek dostaje zawału serca, przy upadku niszcząc parę roślin. I w tym momencie zapala się czerwona lampka: oo jednak nie będzie tak nudno i milusio.
Do akcji wkracza syn poszkodowanego, który podczas jednej ze swoich przechadzek odnajduje odcięte ucho, już nie najmłodszy studenciak postanawia na własną rękę zbadać tą nietypową sprawę, przy okazji zostaje wciągnięty w porachunki gangów, romans ze starszą kobietą, reklamuje Heinekena, zakochuje się, a w finale za pomocą wyjaśnie sprawę 'zaginionego' ucha.
"Blue Velvet" to cyrk karykaturalnych postaci i zdarzeń, nie da się go w pełni zanalizować bo zawsze pozostaną przy tym puste luki, najlepiej jest poświęcić dwie godziny na seans, trochę nad nim pogłówkować, pokiwać głową i zapomnieć, ale jak na złość mimo całego absurdu jest to produkcja, która lubi zadomowić się w umyśle, na amen.


Zagubiona Autostrada (1997)

Absurdalna historia o dwóch pozornie ze sobą nie zwiazanych mężczyznach, którzy wpadają w pułapkę zastawioną przez przebiegłe kobiety oraz przez przerażającego pana z trupią twarzą ubranego na czarno.
Z jednej strony lubię takie wyzwania filmowe, a z drugiej czuję się rozdrażniona kiedy nie udaje mi się go rozgryźć. Nie łapię puenty, nie 'kumam' w jaki sposów są oni ze sobą połączeni, przez żonę tego saksofonisty, czy jak?
"Zagubioną..." oglądałam raczej dla samego oglądania, a mimo to w najbliższym czasie powtórzę seans, może za drugim razem coś zaskoczy.


Prosta Historia (1999)

Twórczość Lyncha (prócz "Miasteczka Twin Peaks") jest mi obca, dopiero teraz się znim zajęłam. Nie wiem jakie są jego pozostałe produkcje, ale póki co "Prosta Historia" to 'najnormalniejszy' film w jego dorobku.
Tak jak tytuł, taka jest cała fabuła. Bez żadnych zawijasów, upiększeń, ot prosta historia staruszka, który postanawia odwiedzić swojego schorowanego brata, a że prawa jazdy nie ma, wybiera się w podróż kosiarką ogrodową. Po drodze Lynch serwuje nam piękne krajobrazy, pokazuje jak niewiele jest potrzebne do szczęścia i spełnienia, uczy widza delektować się każdą minutą aż do samego końca.


Blacque M.

Komentarze

suzarro pisze…
Najgorsza jest "Głowa do wycierania"- jak na razie, spośród filmów, które nadrobiłam. A "Blue Velvet" jest super, zwłaszcza ta piosenka. I scena z biciem Jeffrey'a :D.
Klaudyna pisze…
Po obejrzeniu "Zagubionej autostrady" stwierdziłam, że twórczość Lyncha nie jest dla mnie. Mam gdzieś "Blue velvet", ale nie wiem czy dam radę go obejrzeć. Za to ciekawa wydaje się "Prosta historia".
Skrzat pisze…
Najtrudniejszy film Lyncha jaki widziałam, a widziałam wszystkie oprócz kilku krótkometrażówek, to "Island Empire". 3h zastanawiania się, o co właściwie chodzi? Do tej pory do tego nie doszłam, możliwe, że ten film nie ma ciągłego sensu.
A po "Lost Highway" (oglądałam trzy razy, uwielbiam) miałam rozkminę na pół godziny z hakiem - dużo można z niego wysnuć:))

Popularne posty z tego bloga

To jak końcu: szczęście jest czy nie jest za górami?

Nowe dzieło, mało znanego rosyjskego reżysera Aleksandr'a Veledinsky'ego pojawiło się na scenie bez fajerwerków i równie cicho z niej zeszło. Dopiero po paru miesiącach od premiery Geograf Globus Propil zaczął zbierać pozytywne recenzje i uznanie kinomanów, którzy tłumnie zaczynają skupiać się na nowym kinie rosyjskim, a jest tam w czym wybierać.

Viktor Sluzhkin jest już nie młodym wykształconym biologiem, który częstko zagląda do kieliszka. Nic w jego życiu nie jest takie jak to sobie niegdyś wymarzył, o czym mu ciągle jego piękna żona przypomina.

Za górami nie ma szczęśca o czym główny bohater już na początku filmu się przekonał, to może spróbujemy go poszukać przed górami?

Mimo braku dyplomu z pedagogiki Viktorowi w końcu udaje się dostać pracę w szkole, gdzie dzieciaki robią co chcą i jak chcą. Mało tego zamiast biologii, ma uczyć geografii, bo to przecież to samo wg słów dyrektora. 

Akcja Geografa rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: prywatnej i zawodowej. Domowe Proble…

Motywy filmowe: dziennikarstwo

Jakiś czas temu zostałam wytypowana przez Arkadiusza  do zabawy w motywy filmowe, zainicjowanej przez FILM Planeta. Moim zadaniem jest podanie siedmiu tytułów krążących wokół tematyki dziennikarstwa, cóż przyznam się że miałam malutkie kłopoty w wyborze, ale ostatecznie jako tako dałam sobie radę.

Prywatnie sama od czasu do czasu pracuję jako wolny strzelec i w przyszłości marzy mi się stała współpraca z Andy Warhol's Intervievlub iD lub lub lub, pod tym względem jestem jeszcze niezdecydowana. Zanim to jednak nastąpi mam masę czasu do ćwiczenia, ćwiczenia i kontynuacji swojej samotnej nauki (jestem raczej samoukiem, źle się czuję w grupie). Póki co delektuję się każdym malutkim sukcesem i udowadnianiem temu i owemu, że dyplom to nie wszystko.

No właśnie ilu jest dziennikarzy, absolwentów szkół dziennikarskich, bądź też takowych studiów? Dużo? Raczej mało... czy to dobrze? Sądzę, że jest to raczej temat na osobny mini artykuł, nieprawdaż?

No to wróćmy do rzeczy. Dwa słowa klucz: F…

Renato Casaro